A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 21 .    

    Tak w sumie, pomyślał Sten, to jednak nie dał dupy. Skończył konserwować ostatni kawałek metalu na swoim pasie i schował go z powrotem do szafki.

    Potem popatrzył w górę.

    Stała tam Tomika, trzymając w garści kosmetyczkę. Zdecydował, po jakimś nieskończenie długim czasie, że ona jest najmilej wyglądającym aspektem szkolenia. I że spróbuje. O tak, naprawdę spróbuje.

    - Kogo masz do pary, Sten?

    - Moją lewą rękę - odpowiedział.

    Rzuciła swoje rzeczy na jego pryczę i zaczęła poprawiać poduszkę. Stenowi opadła szczęka.

    - Ale, Tomiko, pytałem cię przecież wcześniej i...

    - Nie zadaję się z wyższymi rangą. Mam swoje zasady.

    Sten nagle zdecydował, że wszystko nie tylko nie miało znaczenia, ale było nawet zabawne. Zgasił swój śmiech, kiedy popatrzył na Gregora.

    - Teraz widzisz, o czym mówiłem - stwierdził Gregor. A ty się myliłeś.

    - Ja zawsze się mylę, Gregor. A o co chodzi tym razem?

    - Oni są zbyt arbitralni. Nie dali mi rangi, na którą zasługiwałem. A ciebie zdegradowali. Widzisz?

    - Nie. O ile wiem, to sobie na to zasłużyłem.

    - To jest właśnie tutaj. Przed tobą.

    Sten stwierdził, że Gregor zaczyna mówić wysokim, zawodzącym głosem.

    - TNP, chłopie. To nie pasuje.

    - Mój ojciec nauczył mnie, że każdy interes, który nie reaguje na nowe bodźce, padnie. To właśnie Gwardia. Chcą tylko mięsa armatniego. Każdy, kto nie odpowiada ich wyobrażeniom kretyńskiego bohatera, jest wysyłany do jakiejś paskudnej roboty. A jeżeli pomylą się, jak w twoim przypadku, to zdegradują tak szybko, jak szybko się zorientują.

    - Ty naprawdę w to wierzysz, Gregor - powiedziała Torcika.

    - Jak jasna cholera - stwierdził Gregor. - Napisałem następny list do ojca, Sten. Już on dopilnuje, żeby wszystko naprawiono.

    Sten usiadł.

    - Czy, umnnm, wspomniałeś o mnie?

    - Nie, nie zrobiłem tego. Tak, jak chciałeś. Ale będziesz tego żałował. Zobaczysz.

    I Gregor roześmiał się, odwrócił i poszedł do swojej pryczy.

    - Hej, Rekrucie Krótkoterminowy Eks - Kapralu Stenie? Czy ten facet zupełnie ogłupiał?

    Sten nie odpowiedział jej, tylko słuchał śmiechu Gregora dobiegającego z jego pryczy.







   - I co się stanie, kiedy zrobię tak?

    Tomika zachichotała. Sten nagle usiadł na pryczy i położył jej rękę na ustach. Ruch. Zduszony chichot. Torcika wyciągnęła rękę i złapała go, pociągając na poduszkę.

    - Nie, Sten - zaszeptała. - Zaczekaj.

    Sten zaczekał - czas dłużył się odmierzany uderzeniami serca.

    I potem zaczął się wrzask.

    Ktoś włączył światło, Sten wyskoczył z łóżka. Wrzask dochodził od strony miejsca zajmowanego przez Gregora.

    Sten przetoczył się przez swoją pryczę, instynktownie przyjmując pozycję bojową. A potem opadł znowu na dół, śmiejąc się do rozpuku.

    Gregor wrzeszczał coraz głośniej i młócił rękami.

    Sten i inni rekruci ustawili się dookoła jego kwatery. Naprawdę był w tarapatach.

    - To Wielki Pająk z Odala - powiedział ktoś zduszonym, niskim głosem. - Masz kłopoty, Gregor.

    Gregor naprawdę miał kłopoty. Ktoś musiał ukraść poprzedniego dnia pojemnik z liną w sprayu z terenu szkolenia. I podczas gdy Gregor spał, on, ona lub oni rozpięli linę od pryczy do szafki, potem do butów, do pryczy, do butów szturmowych, znowu do szafki i zakończyli na nosie Gregora.

    Wyjątkowo mocna i wyjątkowo przylepna nić utworzyła bardzo efektywną pajęczynę, stwierdził Sten. Ktokolwiek rozpiął pajęczynę, zdjął przedtem utwardzacz z wylotu, a więc im bardziej Gregor się szamotał, tym bardaej zaplątywał się w liny.

    Do tej pory zdołał uwikłać się beznadziejnie i tylko żalił się cicho.

    Sten popatrzył na Tomikę.

    - Kto ma pretensje do Gregora?

    Machnęła niedbale ręką.

    - Prawie wszyscy. - Zachichotała. - Wydaje mi się, że będzie dobrym oficerem.

    - Stawiam trzy do jednego, że nie uda mu się wydostać powiedział Sten. - Poza tym...

    - Dobrze się bawicie, dzieci? - rekruci zastygli nagle.

    Sten nigdy nie mógł zrozumieć, jakim cudem Carruthers jest w stanie wydać z siebie szept na poziomie 116 decybeli.

    - Czy jest jakiś szczególny powód tego, że nie stoimy wszyscy na baczność?

    - Ba - aczność! - zakomenderował ktoś. Carruthers przeszła przez ich grupę. Popatrzyła na Gregora i zacmokała z namysłem.

    - Wielki Pająk z Odala. Wiedziałam, że mamy wszy i szczury, ale myślałam, że te pająki zniszczyliśmy przy ostatniej fumigacji.

    Carruthers odwróciła się.

    - Morghhan! Czy nie poszedłbyś do zaopatrzenia po pojemnik z rozpuszczalnikiem? Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

    Drzwi trzasnęły za Morghhanem, zanim Carruthers zdążyła zakończyć zdanie.

    - Wielkie pająki, hmmm. To poważna sprawa. - Szept przeszedł w krzyk. - Rekruae Sten, jaki jest właściwy uniform do polowania na pająki?!

    - Umm... nie wiem, pani kapral.

    - PADNIJ! POWSTAŃ! PADNIJ! POWSTAŃ! PRZESZEDŁEŚ JUŻ WIĘKSZOŚĆ SZKOLENIA I MASZ TO WIEDZIEĆ! REKRUCIE TOMIKA, POWINNAŚ MU TO POWIEDZIEĆ! PADNIJ! POWSTAŃ! PADNIJ! POWSTAŃ!

    Carruthers podeszła z powrotem do drzwi.

    - Macie pięć minut na ubranie się w pełny strój do polowania na pająki i przygotowanie się do spędzenia reszty nocy na szukaniu czegoś, co, jak ustaliłam, jest pięcioma wielkimi pająkami.

    Trzasnęła drzwiami. Rekruci spojrzeli po sobie. Wystraszeni. Drzwi zaskrzypiały otwierając się znowu.

    - Każdy, kto nie będzie w odpowiednim ubraniu, spędzi dwa dni w kuchni. To wszystko, dzieci. Nie traćcie czasu.







    Kiedy Bjhalstred przejechał po kapralu Halsteadzie wozem bojowym, Sten wiedział, że cały czas miał rację. W tym wiejskim chłopaku nie było nic z głupka. Nie, nikt nie mógł oskarżyć Bjhalstreda o umyślne zmiażdżenie Halsteada. To tylko wypadek. No jasne, pomyślał sobie Sten, jasne.

    - To - wyjaśniał Halstead - jest jeszcze jedno urządzenie Imperium, przygotowane specjalnie dla głupków. Jeden wskaźnik pokazuje stan naładowania baterii. Przekręcasz ten przełącznik i wóz rusza. Ustawiasz dźwignię podnoszenia się na pożądaną wysokość. Od jednego do tysiąca metrów. Radar Dopplera automatycznie utrzymuje wyznaczoną odległość od podłoża.

    - Przesuwając dźwignię kontrolną do przodu, podnosisz się. Im dalej do przodu, tym szybciej. Maksymalna prędkość dwieście kilometrów na godzinę. Przesuwasz dźwignię na bok, wóz obraca się. Mamy jakiegoś ochotnika?

    Halstead rozejrzał się po rekrutach, dopóki nie zauważył kogoś, kto usiłował stać się niewidzialny.

    - Bjhalstred - zanucił. - Chodź tutaj; mój chłopcze. Bjhalstred stanął przed kapralem.

    - Nigdy nie prowadziłeś samochodu, co?

    - NIE, PANIE KAPRALU!

    - Dlaczego nie, rekrucie?

    - Nie wierzymy w nie na Outremer, panie kapralu. Należymy do sekty Amishów.

    - Rozumiem. - Halstead zastanawiał się przez chwilę, po czym najwyraźniej postanowił nic nie mówić. - Do wozu.

    Bjhalstred wdrapał się do środka.

    - Nie masz żadnych religijnych obiekcji w stosunku do prowadzenia samochodu, prawda?

    - NIE, PANIE KAPRALU.

    - Dobrze. Włącz silnik, ustaw wysokość dwóch metrów i przejedź przez plac manewrowy. Obróć się i wracaj.

    Bjhalstred popatrzył z zakłopotaniem na wskaźniki, potem mocno ujął w dłoń dźwignię kontrolną i szarpnął ją w prawo.

    Halstead miał akurat dosyć czasu na to, aby wrzasnąć "NIEE!!!", gdy wóz bojowy obrócił się dookoła własnej osi, zderzak uderzył Halsteada w głowę i zrzucił z podestu na podłoże i pojazd miękko ruszył do przodu. Jego radar miał wystarczający zasięg, aby uchwycić zapełnione rekrutami ławki (które nagle opustoszały), i podniósł wóz nieco w górę ponad siedzeniami, a potem wehikuł zrobił piętnastometrowe koło. Bjhalstred siedział za pulpitem jak skamieniały.

    Lanzotta i Carruthers natychmiast wzięli drugi wóz i zaczęli manewrować obok pierwszego, krążącego bez celu. Lanzotta wskoczył lekko do przedziału osobowego, sięgnął ponad ramionami rekruta i wyłączył zasilanie. Wóz osiadł na podłożu. Lanzotta wyciągnął Bjhalstreda.

    - W tym momencie - stwierdził - chyba ciebie nie lubię, rekrucie. Pozbawiłeś jednego z moich członków kadry przytomności, a to jest naprawdę Zła Rzecz. Sądzę, że chcesz uszczęśliwić kaprala Halsteada, kiedy w końcu odzyska przytomność, prawda?

    Bjhalstred skinął głową.

    - W przeciwnym przypadku mógłby cię zabić, rekrucie. I wtedy musiałbym pisać raport wyjaśniający, dlaczego to zrobił. A więc jestem pewien, że chcesz na ochotnika wyświadczyć swojemu biednemu kapralowi osobistą przysługę, czyż nie?

    Bjhalstred kiwnął znowu.

    - Widzisz tę górę - powiedział Lanzotta, wskazując na odległy grzbiet. - Na tej górze jest strumień, rekrucie. Kapral Halstead wyjątkowo lubi wodę z tego strumienia. A więc może weźmiesz pojemnik, pobiegniesz tam i przyniesiesz mu jej?

    - Co? - zdołał wyjąkać Bjhalstred.

    - Chyba "Co, panie sierżancie" - stwierdził Lanzotta. I wydaje mi się, że dobrze mnie słyszałeś.

    Bjhalstred kiwnął głową, podniósł się powoli z siedzenia i skierował w stronę baraków.

    Lanzotta patrzył za nim, jak biegnie do budynku, wychodzi niosąc pojemnik i znika w dali. Sten, patrząc z szeregów, zobaczył, że ramiona Lanzotty drżą lekko. Nie, Bjhalstred nie był aż tak głupi.

następny